wtorek, 9 grudnia 2014

Szpital w podróży - Bornholm

W czasie naszej podróży rowerem po Bornholmie było nam dane odwiedzić bornholmski szpital. Raz. Nie było to nic poważnego, ale ta krótka wizyta pozwoliła nam, prawie że, zakochać się w tamtym szpitalu i personelu. Dlaczego? Z racji ich uporządkowania, nowoczesności, ciekawego wystroju wnętrz, innowacyjnych rozwiązań i szybkiej, bezproblemowej obsługi. A o co dokładnie chodzi i co nam było – o tym właśnie ten wpis.



Poranek w Ronne

Rano jeden rzut oka na sytuację i natychmiastowa decyzja – jedziemy do szpitala! W naszym przewodniku miałyśmy wypisane wszystkie przydatne adresy. Na szczęście byłyśmy w Ronne – stolicy Bornholmu, gdzie znajduje się szpital centralny wyspy. Lepiej być nie mogło. Następnie rzut oka na mapę – szpital znajdował się kawałek od nas, niestety zupełnie nie po drodze z naszym celem tamtego dnia, ale trudno. Jak mus, to mus. Podjechać miałyśmy oczywiście na rowerze, bo tak szybciej.

Jechałyśmy zgodnie z licznymi drogowskazami, większości ścieżką rowerową. A pod szpitalem pierwsze zaskoczenie – wielki parking … rowerowy. Jednoślady stały pod zadaszeniem, z nietypowym rodzajem stojaka (na kierownicę zakładało się „rączkę” od góry), przez co w końcu nie miałyśmy problemu z naszymi grubymi kołami, które często się nie mieszczą. Rzecz jasna większość rowerów niezapięta – my symbolicznie złączyłyśmy nasze ze sobą.

Niestety mimo ogólnego zorganizowania szpitala – albo my podeszłyśmy od złej strony, albo Duńczycy zapomnieli – nie każdy zna duński, więc nie do końca wiedziałyśmy, którym wejściem powinnyśmy wejść. Jednak nie ma tego złego … Weszłyśmy jakimkolwiek, przeszłyśmy pustym korytarzem i podziwiałyśmy jak wygląda nowoczesny szpital. Nowe łóżka, kolorowa pościel, lustra, obrazy i wiele innych. Po chwili podziwiać mogłyśmy lekarza, który mógłby grać takiego starszego specjalistę w którymś z około medycznych seriali. Posługując się pięknym angielskim wskazał nam drogę do punktu informacji.


Cienka czerwona linia

A w sumie nie tylko czerwona, ale różne. Wychodzą z punktu informacji i po podłodze prowadzą zainteresowanych tam gdzie trzeba. Jedyny minus – są po duńsku. Ale pokazać palcem na podłodze linię, którą trzeba iść i zrozumienie tego – nie jest trudne. Każdy kolor prowadzi w inne miejsce. Nas poprowadziło do rejestracji. W okienku miła uśmiechnięta pani, która bez zbędnych problemów mówi, co i jak. Trochę dziwił ją cel naszej wizyty (Duńczycy są z niektórymi sprawami dość … samowystarczalni), ale zabrała tylko dowód osobisty na ksero i poprosiła, żebyśmy chwileczkę poczekały.


W międzyczasie zastanawiałyśmy się, czy aby sam dowód na pewno wystarczy. Wprawdzie jesteśmy obywatelami Unii Europejskiej, więc obejmuje nas bezpłatna pomoc medyczna, ale czy aby nie trzeba mieć chociażby jakiejś Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego? Wstyd przyznać, ale w ogóle nie przyszło nam to do głowy przed wyjazdem. Pomyślałyśmy – trudno – najwyżej przyślą mam rachunek do domu.

Chwilę czekania umilał nam duński film. A tak naprawdę angielski z duńskimi napisami – więc jak byśmy chciały, to byśmy mogły coś z niego wynieść. Ale wolałyśmy przyjrzeć się drugiemu ekranowi. Bo tam pojawiały się napisy po … polsku! Jak pisałyśmy we wcześniejszym wpisie – z napisami na Bornholmie jest różnie – raz są tylko duńskie (lub duńskie i niemieckie), a innym razem oprócz angielskiego pojawia się nawet polski. Nie inaczej było w szpitalu – w krótkich tekstach podawano nam ważne informacje w ojczystym języku.

Po krótkiej chwili przyszła pani doktor. Zobaczyła, w czym rzecz, wyjaśniła diagnozę, zabieg, jaki wykona … I od razu przystąpiła do pracy. Oprócz uśmiechu i sympatycznej twarzy – miała jeszcze umiejętności. Nie minęła chwila, a wszystko już było załatwione. Później jeszcze chwila na wyjaśnienia – a co by było gdyby i … życzyła nam miłej podróży, wypytując wcześniej, co robimy, skąd jesteśmy i różne tego typu miłe rzeczy.

I tak oto w super atmosferze i dobrze zorganizowanym systemie – pozbyłyśmy się kleszcza z mojej nogi w trzy sekundy. I nawet nie bolało ;) Może błahy problem, no ale co zrobić? Kleszcz też ważna sprawa, szczególnie jak się nie ma, czym go wyjąć. Ja to wolę robić w szpitalu, pod okiem lekarza – bo borelioza i inne choroby nie śpią.

A taki pobyt w szpitalu – da się lubić ;) Szczególnie jak się po nim wcześniej pospaceruje i poogląda niektóre zdjęcia na ścianach, plakaty i … personel ;) Trochę na myśl przychodził nam nasz ulubiony serial – Chirurdzy. Ah!



Podobał Ci się ten wpis? Uważasz go za wartościowy i godny polecenia? Jeżeli tak, to podziel się nim z innymi - kliknij Lubię to! (u góry posta), udostępnij, albo skomentuj, a przede wszystkim - polub nasz FanPage na Facebooku:


12 komentarzy:

  1. My od 2008 roku wozimy ze sobą pompkę anty-kleszczową (tudzież anty-jadową). Kupiliśmy ją, jak jechaliśmy na Syberię, bo planowaliśmy też spacery po tajdze, a wtedy wszyscy trąbili o kleszczowym zapaleniu opon mózgowych. Użyliśmy jej po raz dopiero pierwszy w tym roku, kiedy na plaży w Brazylii ugryzła mnie pszczoła :P Obyło się bez szpitala, więc nie odniosę się w tej kwestii do Waszych doświadczeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A taka pompka działa na choroby odkleszczowe? Obawiam się, że mimo odsysania jakieś świństwo mogłoby się przenieść :( Szczególnie, że najpierw wyciąga się kleszcza, który już mógł ugryźć i zakazić, a dopiero potem odsysasz jad, który już mógł się dawno rozejść po ciele ... Ale w sumie nie wiem :D Takie tak rozmyślania ;)

      Usuń
  2. Ileż trzeba czytać notkę by dowiedzieć się, co się stało ;) Kurcze też nie dbam o tę EKUS, a przecież to taka łatwizna :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale chyba aż taka zła do czytania ta notka nie była? ;D Budowałyśmy napięcie, jak w serialu medycznym - cały odcinek łamigłówka z przypadkiem, a na koniec diagnoza i happy end ;)

      Usuń
  3. urgh, mam mega schizę na punkcie kleszczy (po tym jak mama moja była jedną nogą po drugiej stronie przez odkleszczowe zapalenie opon mózgowych, na szczęście wyszła z tego), więc na Waszym miejscu też bym pewnie gnała do najbliższego szpitala! a z EKUZem chyba musze się przeprosić, sto lat już nie wyrabiałam tej karty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam właśnie identyczną sytuację ;) Mama się męczyła przez kleszcza (i w sumie dalej się męczy), a ja od tamtego czasu panicznie boję się tych paskudztw. Jak gdzieś mogą być to zawsze jestem wypsikana odstraszaczami tak, że prawie ludzi odstraszam ;) A tutaj na Bornholmie raz zapomniałam no i masz ;)

      Usuń
  4. Szpital był słuszną decyzją. Moja znajoma leczyła sie ponad 2 lata po tym, jak w czasie wycieczki rowerowej w parku spadł na nia kleszcz. Swoją drogą trochę dziwne, że Duńczycy nie wysilili się w napisy po angielsku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oni się wysilają, ale czasem jakby zapominają - bo nie wiem jak inaczej wytłumaczyć to, że na podłodze po ang nic nie napisali, a na telebimie w poczekalni dodali oprócz angielskiego nawet polski ;)

      Usuń
  5. w sumie, nie spodziewałbym się niczego innego po kraju skandynawskim...
    z tym EKUZem to nie jest tak kolorowo jak ktoś napisał w komentarzu.
    (info na podstawie mojego przypadku z 2013 r) fakt można to zrobić przez internet lecz maksymalnie wydają na 3 miesiące (a potrzebowałem na 6, bo miałem dwa wyjazdy w europie) , choć nie wiem od czego to zależy, bo mój znajomy wyrabiał kilka dni po mnie i pomimo, że chciał na 6 miesięcy to zrobili tylko na miesiąc :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Kleszcze wyciągam sam - no wprawę mam i dobre do drani oko. Ale z drugiej strony, jak by był już dobrze "wkleszczony" to tez z rozsądku poszedł bym do lekarza.

    Duńska opieka medyczna to ... no co tu dużo mówić... Arłukowicza nie zaznali ;-)

    Natomiast ja tam w swoją "Europejskość" w sprawach finansowych nie wierze do końca, Zawsze fajnie mieć jakieś ubezpieczenie przy sobie - niekiedy dorzucają coś takiego np. podczas zakupu sprzętu elektronicznego, Miałem np. ubezpieczenie turystyczne przy okazji ubezpieczenia tabletu, albo assistance na samochód i siebie - oni kombinują tak - brzmi fajnie a większość z tych co kupuje np. plazmę o przekątnej 50 cali i tak tyłka z fotela nie ruszy, więc ryzyko niewielkie i dla tego dają spore gwarancje.
    na co dzień po pagórach łażę na zwykłym PTTKowskim ubezpieczeniu.

    OdpowiedzUsuń
  7. no proszę to się nazywa wysoki standard

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeśli zastanawiasz się nad tym, jak działa takie badanie krwi na boreliozę - to koniecznie udaj się na stronę internetową boreliozaonline.pl, a tam znajdziesz szczegółowe informacje na temat tej paskudnej choroby! Z boreliozą trzeba walczyć i warto dużo o niej wiedzieć!

    OdpowiedzUsuń