niedziela, 6 października 2013

Wakacje i po wakacjach




Po rozpoczęciu nowego roku akademickiego, mamy wreszcie czas, żeby na spokojnie podsumować wakacje. W tym roku mocno polskie, ale przynajmniej nikt nam nie zarzuci, że „cudze chwalicie, swego nie znacie” ;) .


Po wcześniej opisanych Bieszczadach wybrałyśmy się na Woodstock, który był … No jak to Woodstock. Dobra zabawa, dobre jedzenie od Hare Kriszny (uwielbiamy je!), dobra muzyka (był nawet koncert naszego nowego idola – Artura Andrusa :D). Po prostu swoisty woodstockowy klimat, który nie polega (jak się niektórym wydaje) na piciu i życiu w brudzie. Dla nas ten festiwal jest czymś zupełnie innym, co trzeba przeżyć na własnej skórze, żeby dobrze zrozumieć prawdziwą ideę.

I teraz oficjalnie dziękujemy ekipie, która pozwoliła nam rozbić się w naszym zeszłorocznym miejscu. A trzeba przyznać, że miejsce jest rewelacyjne, nawet jeśli czasem znajduje się w swoim namiocie kogoś, kto śpi namiot dalej… Jest rewelacyjne przede wszystkim z powodu cienia, który w tak upalne dni jest dość istotny. Na Woodstocku udało nam się nawet zaliczyć normalny, ciepły, domowy prysznic, dzięki uprzejmości [imię] z Kostrzyna.




Prosto z Woodstocku wybrałyśmy się nad morze. I tutaj należą się drugie, naprawdę baaardzo wielkie podziękowania za podrzucenie nas z festiwalowego pola aż do Koszalina, niczym innym, a volkswagenem ogórkiem. Rychu, Kaja – jesteście wielcy! 
Z Koszalina dość szybko złapałyśmy stopa do Darłówka, po drodze wyprzedzając płatnego busa, którym jechała reszta ekipy.  Ekipy nie byle, jakiej, bo wyjątkowej. Z nikim innym tak dobrze nie bawi się nad morzem!

Wprawdzie jesteśmy zwolenniczkami gór, jednak do Darłówka ciągnie nas już kolejny rok z rzędu. Mimo, że nie lubimy leżeć plackiem na plaży, znajdujemy sobie tam inne rozrywki. Na przykład spacery … na „gofery”. Albo na spotkanie z Jednorożcem i wypicie cudownego wina. Albo podziwianie lokalnego folkloru, szczególnie w okolicach lokalnych dyskotek. Jest, na co popatrzeć! Chociaż mimo wielu planów nie udało nam się zrobić wycieczki rowerowej. Za to wykiełkował inny rowerowy pomysł, który zrealizujemy w przyszłym roku. Ale póki, co nie chcemy nic mówić, żeby nie zapeszyć. 

Z Darłówka wróciłyśmy do domy, tylko po to, żeby potem wybrać się do niego raz jeszcze. Tym razem od początku autostopem i trzeba przyznać, że miałyśmy sporo szczęścia w tej podróży, a to tylko dzięki życzliwości naszych kierowców. Naprawdę, podczas jeżdżenia autostopem spotyka się tak niesamowitych ludzi, których nie da się zapomnieć przez długie lata. Tacy jak oni przywracają wiarę w społeczeństwo. 



Obaliłyśmy też stereotyp, że Cyganie porywają, gwałcą i mordują. Jechałyśmy z jednym spory kawałek drogi i jak widać dojechałyśmy całe i zdrowe. 

Za to potwierdził się fakt, że Poznań jest dla nas niedobrym miejscem do podróżowania. Utknęłyśmy przed nim na dość długi czas, potem z trudem odnalazłyśmy się w mieście, dotarłyśmy na właściwą drogę, gdzie też długo stałyśmy, a cenne godziny uciekały. Na szczęście trafiłyśmy na miłą dziewczynę, która podrzuciła nas za Poznań, a tam udało nam się pojechać z naszym pierwszym wybawicielem. Wybawicielem, dlatego, że zamiast spokojnie pojechać do domu, podwiózł nas o wiele dalej, tylko po to, żeby na jednych ze świateł wstrzymać ruch, wyskoczyć zza kierownicy i w aucie za nami załatwić nam następną podwózkę. A w tym aucie czekał na nas drugi Wybawiciel. Nasz kierowca nie dość, że zabawiał nas ciekawą rozmową, to jeszcze zawiózł praktycznie na samą metę naszej trasy, nadrabiając około 60km. I to tylko, dlatego, że było już późno, a dżentelmenowi nie wypada zostawić kobiet ot tak na pastwę losu ;) Bardzo mu dziękujemy! Gdyby nie ten Pan, nie wiadomo gdzie spędziłybyśmy noc! W Sławnie szczęście po raz kolejny się do nas uśmiechnęło, bo w opustoszałym mieście, na pustym parkingu pod dworcem stało jedno auto … Z ośrodka wczasowego w Darłówku. I w ten sposób udało nam się dotrzeć do celu. Co w upiornym Poznaniu wydawałoby się być niemożliwe. 

Kolejnego pobytu w Darłówku nie będziemy tutaj opisywać, bo za długo by to trwało. Było cudownie, a świadczyć o tym może fakt, że 10 dniowy pobyt przedłużyłyśmy prawie do trzech tygodni. Wracać miałyśmy na spokojnie z moją mamą (Paulina) pociągiem. Los jednak pokrzyżował nam plany, bo już po odjeździe z pierwszej stacji, okazało się, że na peronie została torebka, ze wszystkimi dokumentami, pieniędzmi, telefonem itd. Rozpoczęłyśmy, więc akcję ratunkową, zostawiając mamę w pociągu, a ratując torebkę autostopem. I o dziwo – udało się! Kolejny raz ktoś nam przywrócił wiarę w ludzi! Po pierwsze – Pani w pociągu, która użyczyła swojego  telefonu, tworząc bazę kontaktową z mamą, dodatkowo chciała nam dać pieniądze „w razie czego”.  Po drugie – przyszły ksiądz z tego samego przedziału, który zaprowadził nas na wylotówkę z miasta, zapraszając po drodze na nocleg i obiad do Domu Miłosierdzia. Po trzecie – nasi kierowcy, dzięki którym sprawnie i szybko dotarłyśmy pod sam dworzec. Po czwarte i najważniejsze – młody chłopak, który znalazł
                                                             torebkę i oddał ją do kasy biletowej. I wszystko w niej było!
                                                             Co do grosza, co do szczegółu!

Podróże są naprawdę wspaniałe. Podczas przygód takich jak te spotyka się tak niesamowitych ludzi, których rzadko widuje się w normalnym życiu. Widocznie życie w drodze kreuje zupełnie inne losy. Takie jak najbardziej szczęśliwe, przychylne i niezapomniane. Trzeba tylko wierzyć, że jadąc gdzieś spotkają nas same dobre rzeczy. I nie kusić losu! Dlatego już planujemy kolejne wyjazdy, zastanawiając się, jakich wspaniałych ludzi znowu poznamy. 

PS Nie można nie wspomnieć o ... Kotach w Darłówku. Dużych, małych, świeżo urodzonych ... Białych, czarnych ... I Alpace ;) 



Podobał Ci się ten wpis? Uważasz go za wartościowy i godny polecenia? Jeżeli tak, to podziel się nim z innymi - kliknij Lubię to! (u góry posta), a przede wszystkim - polub nasz FanPage na Facebooku:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz