wtorek, 26 marca 2013

Masyw Śnieżnika

Bardzo cieszymy się z tak miłego przyjęcia nas i naszej strony :) . Dziękujemy i obiecujemy, że postaramy się, aby było warto tutaj zaglądać.
Póki co ciężko analizujemy swój plan i rozkład dni wolnych, żeby wyskoczyć gdzieś chociaż na chwilę. Pierwsze plany już są, teraz trzeba tylko zobaczyć, czy da się coś z tego zrobić.
 W międzyczasie podrzucamy relację z poprzednich wyjazdów. W tym odcinku - Masyw Śnieżnika odwiedzony zaraz po Wszystkich Świętych :)



O tym, że wypadałoby wychodzić na trasę wcześnie rano, żeby zdążyć dojechać do celu, przekonałyśmy się nie raz, utykając gdzieś po zmroku. Czy to na drodze, czy w górach. Jednak za każdym razem popełniamy ten sam błąd.
W tym przypadku, przed noclegiem bez namiotem gdzieś za Nysą, uratowała nas ekskluzywna terenówka, jadąca przez Kletno, z którego chciałyśmy rozpocząć trasę na Śnieżnik.

Przez wzajemne nieporozumienie stwierdziłyśmy, że pojedziemy do Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie z CouchSurfingu wstępnie zaklepany miałyśmy nocleg. Na miejscu okazało się, że bardzo wstępnie, bo gospodarze po pierwsze, że się nas nie spodziewali, a po drugie – nie mieszkali w tej miejscowości, a w wiosce kilkanaście kilometrów dalej. W takiej sytuacji oddzwoniłyśmy do naszych hostów, że nie będziemy im przeszkadzać i dziękujemy za chęci. Po chwili hości oddzwonili, że nie mogą nas zostawić na pastwę losu. Po kilkudziesięciu zapewnieniach z jednej i drugiej strony, że „nie ma problemu”, ostatecznie wylądowałyśmy w Wójtowicach u rodzinki, która nabyła tradycyjny góralski dom, obecnie w stanie remontu, a wraz z nim … budynek starego schroniska, w którym to właśnie zostałyśmy ugoszczone. Wieczór spędziłyśmy, więc przy dużym stole, w pokoju z kominkiem, obrazami na ścianach, różnymi albumami malarzy i wśród … ogórków. Do teraz nie wiemy, o co dokładnie chodzi, ale nasz gospodarz (w połowie Francuz) cierpiał na jakąś manię ogórków, co w połączeniu z jego plastycznymi zdolnościami poskutkowało tym, że z każdej ściany patrzyły na nas grafiki, rzeźby, obrazy, pluszaki ogórków w różnej postaci (luzem, w słoiku, inne).
Rano gospodarze zaprosili nas na śniadanie i okazali się być bardzo sympatycznymi i ciekawymi ludźmi, dysponującymi tak samo fajnymi dziećmi, psem, kotem i kozami. Na pewno kiedyś jeszcze tam wpadniemy, a w ramach reklamy podrzucamy link do ich "ośrodka" [LINK]

Na szlak dostałyśmy się kilkoma lokalnymi stopami i odrobiną dreptania. Pogoda dopisywała. Dopiero przy schronisku pod Śnieżnikiem pojawiła się mgła i wiatr i drobny śnieg, więc nie zdobywałyśmy szczytu, tylko poszłyśmy poszukać opuszczonej chatki, w której planowałyśmy nocleg.
Udało nam się dokonać tego równocześnie z zapadającym zmrokiem. I może dobrze, że tak późno, bo gdybyśmy zaszły tam za dnia i miały czas się wrócić, na pewno byśmy to zrobiły. W chatce zastałyśmy sporo zepsutego jedzenia, kolejny raz rozwalony piec i ogólny bałagan. W nocy spać nie pozwalały myszy i ataki leśnej zwierzyny (dziki na pewno, chyba lis i coś jeszcze?), ale dotrwałyśmy do rana.

Zejście ze szlaku do cywilizacji opóźnił nam śnieg z deszczem, które nie dość, że padały, to jeszcze powodowały, że szlaki zmieniały się w małe strumyki i powodowały praktycznie zerową widoczność. 
Przemoczone do suchej nitki najpierw dość długo szłyśmy drogą czekając na kogoś kto przejedzie i przy okazji nas zabierze ze sobą. Dotarłyśmy do Stronia Śląskiego, gdzie utknęłyśmy na jakieś dwie godziny, potem definitywnie utknęłyśmy w Kłodzku.
Na prawdę definitywnie, bo koszmar trwał cztery godziny. Najpierw chodziłyśmy szukając dobrego miejsca, którego nie było nigdzie (albo: pod górkę, na zakręcie, bez latarni, bez pobocza, w centrum miasta, z trzema pasami, skrzyżowanie itd.). Potem stałyśmy już wszędzie gdzie się tylko dało ustawić plecak i wyciągnąć tabliczkę...
Po zaprzyjaźnieniu się z lokalnym kotem, który już zaczął wchodzić nam do plecaków i pod kurtki, przyjechał na rowerze pan wyglądający na bezdomnego. Jednak nie był to bezdomny, a nas wybawca! Przedstawiający się jako Zefirek.
Nasze wyczyny z próbowaniem łapania stopa zostały zauważone przez kierowców, którzy zaczęli o nas mówić na CB radio. Zefirek o tym usłyszał, odnalazł nas i postanowił uratować dwie ofiary losu. Nie bardzo wierzyłyśmy, że mu się uda. Zmylił nas trochę wygląd. 
Zmieniłyśmy zdanie, gdy po 10 minutach od tego jak nas zostawił w wyznaczonym przez siebie miejscu, zatrzymał nam się tir. 
Okazało się, że ten poczciwy starszy pan, mieszkający bez ogrzewania i prądu, ma u siebie CB radio, przez które nadaje komunikaty dla kierowców, ostrzeżenia, słucha, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. I jak potrzebuje - to idzie mu pomóc. Puścił więc w eter informację o tym, że dwie turystyki potrzebują pomocy, plus cały opis nas i tego jakie jesteśmy fajne.
W ten oto sposób zostałyśmy wysadzone w Nysie tuż pod blokiem znajomej, do której jechałyśmy. Lepiej być nie mogło.
Pozwiedzałyśmy Nysę za dnia i nocą, a następnego dnia już bez przygód wróciłyśmy z drogi prosto na zajęcia.





Galeria zdjęć z wyjazdu: [TUTAJ]

1 komentarz:

  1. No prosze... tyle wrażeń a nie raz słyszałem że w polsce tej naszej kuchanej to turystyka do kitu... jak niebezpiecznie .. a tu prosze ile serdecznych osob...:) Zazdroszcze wyprawki...:)

    pozdrowionka
    Adam:)

    OdpowiedzUsuń