piątek, 20 lutego 2015

Bornholm: Złe morze i dobra plaża, czyli dzień pierwszy

Zawroty głowy, mdłości, ogólna słabość i brak możliwości, czy nawet chęci jakiegokolwiek ruchu – palcem, ręką, nogą ... Czynności takie jak zapakowanie sakw na rowery i późniejsze pojechanie na nich w głąb wyspy, były zupełnie nierealne. Niezbyt dobry początek rowerowych wakacji na wyspie zwanej przecież rowerowym rajem. Na szczęście dolegliwości te trwały tylko dwie godziny, po których już byłam zdolna do minimalnych ruchów, zjedzenia czegoś i ruszenia w drogę... A przynajmniej na zwiedzanie
                                                                                       najbliższej okolicy.

Nie tropikalna, a zwykła choroba morska była przyczyną naszej początkowej dezorientacji. Na promie z Darłowa do Nexo (Bornholm) miałyśmy ustalić naszą trasę na pierwsze dni, plany, czy chociażby miejsce noclegu. Jednak sztorm, który rozpoczął się tamtego dnia na Bałtyku (i był zapowiedzią całego wietrznego i sztormowego tygodnia) sprawił, że nic z tego nie wyszło, stąd nasze pierwsze kroki na wyspie, która przecież nie powinna sprawić większego problemu w zwiedzaniu (jest niewiele większa od Warszawy!), były mocno chaotyczne i nieprzemyślane.
Po pierwsze – nie zdążyłyśmy udać się do znajdującej się w porcie informacji turystycznej. I to był spory błąd jak się później okazało – jest ona najlepiej wyposażona i ma naprawdę dobre i pomocne mapy (no i darmowe!).

Po drugie – tak trochę bez celu przejechałyśmy się po Nexo i okolicy. I nawet takie bezcelowe jeżdżenie pozwoliło nam poczuć klimat bornholmskich miasteczek. Klimat czegoś znajomego, bezpiecznego i przytulnego. Składają się na to niskie domki, w różnokolorowych, ciepłych barwach, z charakterystycznym rodzajem zabudowy szachulcowej. Tego typu domki ustawione ciasno obok siebie cieszą oko i zachęcają do tego, żeby zastanowić się chwilę nad nimi, nad tym jak się w nich mieszka i jacy są ich mieszkańcy. Odpowiedź na te pytania miałyśmy znaleźć w następnych etapach naszego pobytu na wyspie.
Patrzyłyśmy na te wszystkie zabudowania, mając w pamięci informację z przewodnika o tym, że nie zawsze Nexo wyglądało tak jak dzisiaj. Dwukrotnie musiało podnosić się z gruzów – raz po pożarze, innym razem po bombardowaniu w czasie II wojny światowej. Przez nieszczęsny nalot Rosjan mieszkańcy Nexo "zdobyli" 75 drewnianych domków przekazanych przez Szwedów, a niektóre z nich do dzisiaj tworzą ciekawą "szwedzką dzielnicę".
Obiad zjadłyśmy w najbardziej zielonym punkcie miasta (tak przynajmniej wydawało się patrząc na plan Nexo), czyli parku z kawałkiem wody niedaleko muzeum, które kiedyś było domem słynnego pisarza Martina Aleksandra "Nexo". Było bardzo wykwintnie – staw, kaczki, młodzi wędkarze i my ze swoją kuchenką turystyczną i zupką chińską. 



Oprócz tego, że Nexo jest największym portem rybackim wyspy (nie widać raczej tego) i że znajduje się w nim parę atrakcji takich jak kościół, muzeum miejskie, kolei i park motyli to nie ma tu za wiele do oglądania. Chyba, że kogoś bardzo interesują tematy związane z alkoholem – to w tym mieście znaleźć można też wytwórnię bornholmskiej wódki. Ale nas tego dnia żołądki męczyły i bez wódki. Dlatego ograniczyłyśmy się do szybkiego przejazdu obok wymienionych w przewodniku miejsc i wizyty w sklepie Kvickly. Ten market jest najtańszy i ma największy asortyment. Niestety na wyspie są tylko dwa – w Nexo i stolicy Bornholmu – Ronne. Dlatego wykorzystałyśmy okazję jak się tylko nadarzyła i przyjrzałyśmy się dokładnie cenom, żeby wiedzieć mniej więcej czego się spodziewać później i jak rozkładać gotówkę na cały pobyt. Za dużo nie musiałysmy kupować, bo w sakwach miałyśmy spore zapasy przywiezione z Polski. W oczy rzuciło nam się, że było tam wszystko czego dusza zapragnie, nawet rower - jakby ktoś zapomniał na rowerową wyprawę, to mógłby go sobie kupić tam (w dość rozsądnej, niższej niż w Polsce cenie). 
Na głównej drodze (łączącej największa miasta Bornholmu) poruszałyśmy się specjalnie wyznaczonym pasem dla rowerzystów. Jak przekonałyśmy się w późniejszych dniach, cała wyspa przystosowana jest dla fanów dwóch kółek idealnie – albo wytyczone są specjalne drogi tylko dla cyklistów i pieszych, albo osobne chodniki, pasy, czy po prostu szerokie pobocze. Do tego kierowcy przyzwyczajeni są do rowerów, dlatego zachowują odpowiednie środki bezpieczeństwa. 

W całym Nexo panowała niesamowita cisza i spokój. Praktycznie nie widziałyśmy nikogo na ulicach, oprócz co jakiś czas przejeżdzających samochodów. Możliwe, że większość mieszkańców i turystów skupiła się na wykorzystaniu słońca gdzieś na okolicznych plażach, albo po prostu była w pracy, czy szkole (system szkolnych wakacji i dni roboczych jest nieco odmienny od tego w Polsce). I my w końcu zdecydowałyśmy się na konkretny kierunek – w stronę plaż, gdzie miałyśmy poszukać noclegu. Wydawało nam się, że bez problemu znajdziemy tzw. Telt plads – czyli prywatne pola namiotowe "u chłopa", gdzie można przenocować się najtaniej. Chciałyśmy przede wszystkim odpocząć po męczącej podróży, zregenerować siły i żołądki przed dalszymi wojażami.

Tego pierwszego dnia miałyśmy też kontakt z pierwszymi Bornholmczykami, przez co już na starcie mogłyśmy sobie wyrobić o nich jakąś opinię. Tak się akurat złożyło, że wszyscy, z którymi rozmawiałyśmy to osoby trochę starsze, w podeszłym wieku (chociaż może lepiej napisać, że bardziej... doświadczone). Każdy z nich był przede wszystkim niesamowicie uprzejmy, uśmiechnięty i chętny do pomocy. No i oczywiście wszyscy dobrze mówili po angielsku. Najpierw siwiejący Pan, który zatrzymał przy nas swój samochód, aby zapytać czy wszystko w porządku (stałyśmy we dwie nad jedną malutką mapką i widocznie było widać jak intensywnie myślimy i jakie "męki" nam to sprawia). Odjechał dopiero, gdy się upewnił, że "odnajdziemy właściwa drogę". Później mijana po drodze babcia udająca się na wieczorny nordic walking. Jej uśmiech i "Hej" było tak radosne i szczere, że od razu poprawiła nam humory. Pozostałe napotkane osoby były związane z naszymi próbami odnalezienia noclegu.

Pas najsłynniejszych bornholmskich plaż, czyli od Balki do Dueodde zaczyna się już około 10 kilometrów od Nexo. Skierowała nas tam przeczytana w przewodniku informacja, że plaże te są uważane za jedne z piękniejszych w Europie. Między innymi przez kilkometrową długości plaży i drobny biały piasek, który niegdyś używany był nawet do produkcji klepsydr. Wydawało się to być dobrą opcją na pierwszy cel podróży, gdy najważniejsze było uspokojenie własnego organizmu. Dotarcie tam nie zajęło nam dużo czasu, a jechało się przyjemnie. Wcześniej dokładnie tą samą leśną trasą jeździła wąsktorówka. To właśnie stowrzenie połączenia kolejowego z Nexo między innymi przyczyniło się do rozwoju miasteczka. Dzisiaj zamiast szyn pojawił się równy asfalt, którym komfortowo dojechałyśmy do celu. Raz po raz mijali nas rowerzyści, a zdarzyło się, że wyprzedziła nas dziewczyna na rolkach. Patrząc na to jakie średnią prędkośc osiąga się jadąc na rowerze, łatwo można wyliczyć, że dziewczyna mogłaby chyba startować w jakichś zawodach. Większość mieszkańców Skandynawii jest aktywna, dlatego i na wyspie wiele z nich biega, jeździ na rolkach, czy rowerze – niezależnie od wieku, pory dnia, czy pogody.


Z noclegiem okazało się, że nie jest tak łatwo jak myślałyśmy. Pola namiotowego nie znalazłyśmy, a jak postanowiłyśmy popytać się ludzi o nocleg "na gospodarza" (czyli u kogoś na podwórku, za pozwoleniem), to jak na złość nikt nie pojawił się na horyzoncie. Kręciłyśmy dodatkowe okrążenia, żeby wreszcie ktoś się pojawił i w końcu się udało. Miła, starsza pani malowała garaż przy swoim dużym domu z dużym placem zieleni. Brzmiało i wyglądało dobrze, jednak jak to na pierwsze chwile podróży bywa – nie miałyśmy odpowiedniej wprawy. Z naszego pytania wyszło tyle, że pani nawet w głowie nie zaświtało, że mogłybyśmy chcieć ot tak rozłożyć namiot na jej podwórku, zamiast jechać jak normalni ludzie na pole namiotowe. No przynajmniej jak normalni ludzie zarabiający w normalnych euro stawkach. Bowiem ceny na polu namiotowym, na które nas poprowadziła, nie pasowały do zasobów naszego studenckiego portfela.
Jako, że robiło się coraz później, a możliwości było coraz mniej, zdecydowałyśmy się przełamać swoją wstydliwość i pytać się o nocleg wprost i bez skrupułów, dodatkowo dodając do swojej wypowiedzi informacje, że recepcja na polu namiotowym jest już zamknięta (i nie mijało się to z prawdą). Wszyscy pytani przez nas byli Niemcami, którzy wynajmowali domki jedynie na okres wakacji i nie chcieli podejmować żadnych decyzji z nimi związanymi.
Przed noclegiem na dziko - nielegalnym w całej Danii, więc również i na Bornholmie, uratowało nas starsze duńskie małżeństwo. Trafiłyśmy na nich tuż przy wejściu na plaży i pozwolili nam się rozbić na podjeździe ich sąsiadów. Nie była to najlepsza miejscówka patrząc na to, że podjazd utwardzony był jakimiś kamieniami i żwirem, jednak nie groził nam już mandat, ani nic z tych rzeczy.


Przy rozbijaniu namiotu zrobiłyśmy dziurę w tropiku naszymi własnoręcznie robionymi śledziami (na dzień przed wyjazdem). Włączyłyśmy ją do licznej listy strat i niepowodzeń przed i wyjazdowych – najpierw padł nam aparat, potem okazało się, że nie mamy śledzi, a jak już je w końcu zrobiłyśmy z drutu, to potargały nam namiot ... No ale przynajmniej mogłyśmy cieszyć oczy zachodem słońca na jednej z najładniejszych plaż wyspy, miałyśmy namiot rozbity tuż przy wejściu na tę plażę, a gdy w nocy przyszła olbrzymia burza i ulewa – mogłyśmy przenieść nasz namiot na ganek pobliskiego domku i przez nikogo nie zaczepione (oprócz małej sarny, jeża i zająca) dospać spokojnie do rana. 


Podobał Ci się ten wpis? Uważasz go za wartościowy i godny polecenia? Jeżeli tak, to podziel się nim z innymi - kliknij Lubię to! (u góry posta), udostępnij, albo skomentuj, a przede wszystkim - polub nasz FanPage na Facebooku:
 

niedziela, 4 stycznia 2015

Najpopularniejsze posty w 2014 | Tanie podróżowanie, autostop i góry

Rok 2014 minął, przyszła więc pora na to, aby go podsumować i tym samym - pożegnać. Najlepszym podsumowaniem naszej działalności będzie przedstawienie pięciu najpopularniejszych wpisów ostatnich 365 dni. Ich tematyką były przede wszystkim sposoby na tanie podróżowanie, autostop i góry - czyli to co lubimy najbardziej. Zapraszamy do przeczytania naszego podsumowania i poznania planów na przyszłość!


piątek, 2 stycznia 2015

Jarmark Bożonarodzeniowy - Sztokholm na święta

Jarmarki Bożonarodzeniowe to tradycja świąteczna sięgająca nawet XIII wieku. Najpopularniejsze w Europie są jarmarki niemieckie i wiedeńskie. My wzięliśmy udział w przedświątecznej gorączce w wykonaniu Sztokholmu. I mimo, że tamtejszy jarmark jest o wiele mniejszy niż ten w Berlinie, nie można odmówić mu uroku. Co składa się na ten urok? Wyjaśnimy we wpisie.





wtorek, 9 grudnia 2014

Szpital w podróży - Bornholm

W czasie naszej podróży rowerem po Bornholmie było nam dane odwiedzić bornholmski szpital. Raz. Nie było to nic poważnego, ale ta krótka wizyta pozwoliła nam, prawie że, zakochać się w tamtym szpitalu i personelu. Dlaczego? Z racji ich uporządkowania, nowoczesności, ciekawego wystroju wnętrz, innowacyjnych rozwiązań i szybkiej, bezproblemowej obsługi. A o co dokładnie chodzi i co nam było – o tym właśnie ten wpis.

niedziela, 7 grudnia 2014

"Książka w podróży" i Nasze Ślady w podróży!

Nasze Ślady oprócz tego, że uwielbiają podróżować, to kochają też czytać! Dlatego postanowiłyśmy połączyć obydwie te pasje, dodać do tego trochę promowania literatury i języka polskiego na świecie i w ten oto sposób dołączyłyśmy do akcji środowiskowej polskich blogerów podróżniczych – „Książka w podróży”, której logo znajduje się po lewej stronie strony.

W ten oto sposób zostawiamy po sobie kolejny "ślad" w podróżniczym świecie ;)

środa, 3 grudnia 2014

Bornholm - informacje praktyczne

Jeżeli planujecie wyjazd na Bornholm i zastanawiają Was kwestie praktyczne takiego wyjazdu, to specjalnie dla Was mamy przygotowany mini przewodnik po Bornholmie ... A przynajmniej zbiór informacji praktycznych dotyczących wyspy. Dojazd, komunikacja, noclegi, ceny i inne przydatne informacje, które pozwolą zaplanować każdy wyjazd.


wtorek, 25 listopada 2014

Bornholmczyk - z czym to się je? Słońce nad Gudhjem.

Wędzone śledzie są symbolem kojarzącym się mocno z Bornholmem. Nic dziwnego, skoro wjeżdżając do każdego miasta, czy przejeżdżając obok samotnych domków gdziekolwiek na wyspie – w oczy rzucają się kominy wędzarni. Albo są to duże, często prawie historyczne, wędzarnio-restauracje, a niekiedy - po prostu kominy u kogoś w domu, kto wędzi na swoje potrzeby. Niezależnie od przeznaczenia – kominy są, a pali się w nich przeważnie drewnem olchy i rocznie produkuje ogromne ilości (liczone w dziesiątkach tysięcy) ryb.